Palikot odchodzi z PO i zakłada nową partię. Tak naprawdę to nową-starą, zgodnie ze znaną od 20 lat świecką tradycją. PO po wprowadzonych socjalistycznych „reformach” najprawdopodobniej się rozleci. Nie od dziś bowiem wiadomo, że ludzie w Polsce nie protestują wtedy, kiedy rząd ogłasza podniesienie podatków, tylko wtedy, kiedy zaczyna im brakować na wędlinę. Wciąż w tym kraju myślenie o ekonomii kuleje i tak jak pisał Bastiat: ludzie wciąż patrzą na rzeczywistość przez pryzmat skutków, które widać. A co widać, kiedy premier ogłasza podniesienie podatków? Ano widać dobrotliwą, przepełnioną miłością twarz Donalda Tuska.
Tragiczna sytuacja finansów państwa i niewyobrażalnie wysokie zadłużenie Polski spowoduje kryzys, przy którym ostatnie, chwilowe załamanie gospodarcze na świecie to pypeć. Podejrzewam, że to, co działo się w Grecji, to również pikuś. Będzie naprawdę źle (choć chciałbym, żeby nie było).
Jak do ludzi dotrą wreszcie skutki których nie widać to poślą PO na zieloną trawkę niebytu. Ale politycy w Polsce szybko przyzwyczajają się do żłoba. Zwłaszcza ci najbardziej znani. Weźmy takiego Donalda Tuska: KLD się skompromitowało, więc Donald przesiadł się do Unii Wolności, ale ta także zaliczyła blamaż totalny. Co zrobił Donek? Założył PO. Tym razem, czyli po upadku PO, Donek już nie zaszaleje i numer z tworzeniem nowej partii nie przejdzie. Ale przecież po to lansowano przez kilka ostatnich lat Palikota, żeby to on wziął na siebie to zadanie. Ten socjaldemokrata (czyli lewak) nie tylko przyciągnie elektorat Platformy, ale zgarnie część elektoratu lewicy, której przewodzi Grzegorz „Laptop” Napieralski. Elektorat elektoratem, ale przecież szalupę szykuje się nie dla niego, tylko dla członków… partii zagrożonej rozpadem.
Nie jest też przypadkiem, że Palikot jest przyjacielem obecnego prezydenta.

Łącząc fakty można wysnuć wniosek, że Palikot dostał zlecenie założenia nowej partii już teraz, a celem jest stopniowe zdobywanie elektoratu (Palikot już teraz mówił, zdaje się, o 15%). Gdyby odszedł z PO w momencie rozsypywania się tej partii to mógłby podzielić los SdPl, czyli zostać całkowicie zmarginalizowany. Tym samym PO przestałaby istnieć, a popłuczyny po niej straciłyby jakikolwiek wpływ na władzę w Polsce. Rozmyślnie robią to zatem teraz, kiedy PO wciąż ma (przynajmniej w sondażach, a te przecież mają zadanie kreowania opinii publicznej) duże poparcie.

Problem problemów, można by rzec: dlaczego w Polsce nie daje się od 20 lat zrobić nic, by państwo stało się normalne i przyjazne obywatelom, a nie popieprzone i bandyckie (a właściwie to gorzej niż bandyckie, bo bandyta napada ludzi raz na jakiś czas, a państwo łupi obywateli non-stop) czyli socjalistyczne?
Odpowiedź jest złożona, ale nie jakoś szczególnie skomplikowana czyli składa się na tę sytuację kilka czynników, ale kwestię tę można bez większych problemów ogarnąć… jeśli tylko wykaże się troszkę zainteresowania.

Pierwsza kwestia to historia Polski: dziesięciolecia przyzwyczajania, a w zasadzie zaszczepiania w ludziach myślenia typu Homo Sovieticus czyli wpajanie socjalizmu.
Jeśli ktoś nigdy w życiu nie jeździł samochodem i takowego nie widział, to
po pierwsze: nie będzie za samochodem tęsknił,
po drugie: kiedy już samochód zobaczy i usiądzie za kierownicą, to będzie się musiał nauczyć jeździć,
po trzecie: będzie musiał zapoznać się z przepisami ruchu.
Dokładnie to samo mamy z Polakami: od ponad 200 lat (biorę pod uwagę ten okres, w którym Stany Zjednoczone wyrastały na wolnym rynku) nie żyli w gospodarce rynkowej, nie znają kapitalizmu, więc za nim nie tęsknią.
Kiedy człowiek, który nigdy w życiu nie widział samochodu nagle ten samochód zobaczy, to może zareagować przerażeniem, strachem, na pewno nieufnością… a niezwykle rzadko z pozytywnym nastawieniem i ciekawością.
I to samo mamy w przypadku wolnego rynku. Człowiek, któremu od małego wpaja się socjalizm często z wrogością będzie podchodził do wolnego rynku i kapitalizmu.

Drugi aspekt to system demokratyczny (dzieli się on na kilka podpunktów, ale problemy z nim związane przedstawię w jednym bloku). Na demokrację w Polsce musimy patrzeć przez pryzmat historii, w przeciwnym wypadku nie zobaczymy i nie zrozumiemy niczego. Demokracja daje takie samo prawo głosu menelowi po 3 klasach podstawówki i profesorowi, uczniowi i nauczycielowi, niedojrzałemu, nieznającemu życia dzieciakowi i starcowi, o którym powiedzieć się tego nie da, szefowi firmy, który daje zatrudnienie 5000 osób i bezrobotnemu na zasiłku, który nie chce iść do żadnej pracy, bo lubi pić wino owocowe produkcji polskiej. Słowem: każdy głos waży tyle samo, bez względu na to, jakie „zasługi” dla kraju ma dany obywatel. Demokracja urzeczywistnia zatem socjalistyczne hasło równości. Ktoś może krzyczeć, że ludzie są równi i muszą mieć te same prawa. Niezupełnie, otóż, ludzie powinni jednakowo podlegać prawu, czyli powinni być równi wobec prawa. Różnica jest dość istotna, ponieważ opcja, o której mówię zakłada, że ludzie równi nie są, nie są jednakowi, czyli odnosi się do rzeczywistości. Ten kto krzyczy wspomniane rzeczy opiera się na wydumanej sytuacji, w której ludzie rzekomo są równi. Czy zatem człowiek z wyższym wykształceniem, uczciwy, pracowity, ambitny, koleżeński ma tę samą wartość dla społeczeństwa co narkotyzujący się bandzior, mordujący ludzi i okradający ich? Są oni, wg pana krzyczącego, równi?
Czy ktoś, kto świetnie rzeźbi jest równy temu, kto nie potrafi nawet utrzymać dłuta w ręku? Czy doświadczony kierowca jest równy chłopakowi, który dopiero drugi raz siada za kierownicą? A czy drużyna, która wygrywa Ligę Mistrzów jest równa zespołowi, który odpadł z niej po fazie grupowej?
Ludzie są różni i nie można mówić, że są równi, bo kreuje się tym samym wirtualną rzeczywistość. Przepaść intelektualna między człowiekiem gruntownie wykształconym, a człowiekiem, który nigdy nie chodził do szkoły, w wielu dziedzinach, będzie nie do przeskoczenia. Ten drugi nie będzie dla pierwszego partnerem do rozmowy, nie mówiąc już o perspektywach życiowych.
Ludzie są różni i to jest właśnie wspaniałe. Nic nie stoi na przeszkodzie, by ludzie potrafili traktować się wzajemnie w sposób życzliwy pomimo różnic – od tego jest np. moralność i zasady chrześcijańskie. Przecież ten gruntownie wykształcony facet może pójść na mecz do knajpy z tym niewykształconym, będą pić piwko oglądając rywalizację w telewizorze i będą się świetnie bawić.
Co innego predyspozycje, umiejętności, pochodzenie, wykształcenie, wiedza, majętność, etc., a co innego prawo. Ludzie mają być równi właśnie wobec mądrze skonstruowanego prawa, by mieli poczucie sprawiedliwości. Istotne jest, by ludzie ubożsi nie mieli poczucia, że są gorzej traktowani przez sądy, bo są biedni. W państwie, którego bym sobie życzył, nie wołano by, że ludzie są sobie równi, natomiast dla sędziego, czy instytucji państwowych zdecydowanie by byli. W socjalizmie mówi się, że wszyscy są równi, ale instytucje i sądy patrzą na ludzi zupełnie odwrotnie. W moim modelu kradnący minister traktowany byłby jak złodziej (tyle, że osobno odpowiadałaby za kradzież, a osobno za zdradę, bo pełnił funkcję państwową). W socjalizmie minister traktowany jest jak ktoś zdecydowanie lepszy i najczęściej w ogóle unika odpowiedzialności. Podobnie osoby prywatne, które mają znajomości…
Rozwinąłem tu nieco (choć tylko w zarysie) kwestię równości, bo jest ona kluczowym elementem systemu, który Polsce zaaplikowano. Nie ma obecnie żadnej równości wobec prawa, wmawia się natomiast fikcyjną równość międzyludzką, by przykryć wady i niedomagania demokracji oraz bredzi o demokratycznym państwie prawa. Jednym z dowodów na to, że system ten opiera się na absurdalnych założeniach jest przeświadczenie większości obywateli, że ich głos kompletnie nic nie znaczy. I nie mówię już o 55-60% tych niegłosujących, ale również o tych, którzy głosują i to samo mówią. Zadziwiająca sprawa? Facet i babka, którzy są równani z największymi geniuszami kraju, z postaciami wybitnymi, uważają, że nic nie znaczą, że ich głos się nie liczy, że nie maja żadnego wpływu.
No właśnie, nic dziwnego w tym nie ma. Jeśli ludzie w ogóle nie interesują się polityką (zupełnie to prawidłowe i normalne zachowanie, ogólnie rzecz biorąc), wybierają na podstawie jakichś pustych hasełek, albo nie głosują wcale, a żyje im się kiepsko, bo kolejne rządy są coraz głupsze czyli coraz bardziej socjalistyczne, to nie może zaskakiwać takie podejście do prawa głosu.
Ale dlaczego wybierani są tacy politycy (choć „politycy” to za dużo powiedziane)? Ano dlatego, że demokracja to taki festiwal mody, tyle, że tutaj nie kreatorzy mody decydują co zaprezentować, a publika.
No i doszliśmy teraz do kwestii zasadniczej, która jest charakterystyczna dla demokracji nie tylko w naszym kraju (dotyka również USA, o Europie nie wspominając), ale u nas ma się dobrze właśnie z powodu takiej a nie innej historii:
co musi zrobić polityk, by zwyciężyć w Polsce w dowolnych wyborach (ale nas najbardziej interesują te do sejmu)?
Musi dobrze wyglądać, ładnie się uśmiechać, sprawiać wrażenie szczerego i uczciwego, operować chwytliwymi, zapadającymi w pamięć sloganami i… obiecywać.
Jeśli tylko obiecuje, to swoje szanse zdecydowanie redukuje. Jeśli nie obiecuje, ale dobrze wygląda, to rzecz ma się podobnie. Polityk demokratyczny MUSI dobrze wyglądać i obiecywać.
No dobrze, ale obiecywać można różne rzeczy, np.: krew, pot i łzy. Można… ale krew, pot i łzy to coś, co może zrobić na ludziach wrażenie tylko w sytuacji, kiedy będą mieć nóż na gardle (kiedy np. wraże bombowce będą im burzyć chaty). W czasach pokoju obiecywanie trudów i wyrzeczeń, to strzał w stopę. I nie ma kompletnie żadnego znaczenia, że akurat trudy i wyrzeczenia to aktualnie najlepsze lekarstwo. Takimi obietnicami fundujemy sobie przegraną. Porażkę gwarantuje także w Polsce mówienie o prywatyzacji, wolnym rynku i kapitalizmie… ponieważ Polacy myślą wciąż jak przeciętny Homo Sovieticus, czyli mają mentalność niewolnika (najgorsze, że nie zdają sobie z tego sprawy, psychologia uczy bowiem, że zdanie sobie sprawy ze źródła problemu to pierwszy przystanek na drodze do wyleczenia).
Tutaj znowu mamy wpływ tego, o czym pisałem: uwarunkowań historycznych. Aspekt interwencjonizmu państwowego, czy socjalizmu trzeba nieco rozwinąć, żeby lepiej zrozumieć źródło problemu.
Interwencjonizm, mówiąc oględnie, polega na wtrącaniu się państwa w różne dziedziny życia społeczeństwa, w tym w dziedzinę najszerszą: w gospodarkę. Państwo socjalistyczne (w wersji lajtowej) zakłada, że ludzie są małymi, zagubionymi dziećmi, które są głupiutkie i nieodpowiedzialne i musi o nie zadbać, żeby owe dzieci nie narobiły głupot i sobie nie zaszkodziły. Mamy więc tutaj do czynienia z sytuacją, w której państwo (bez wersji dla wrażliwych) uważa swoich własnych obywateli za kompletnych idiotów i stosuje wobec nich prewencję na szeroką skalę… a obywatele potwierdzają, że są idiotami, bo godzą się na to i w dodatku te działania państwa sponsorują. Na tym m.in. polega mentalność Homo Sovieticus.
No dobrze, ale w co to państwo się tak wtrąca, jakie to dziedziny? Przecież wiele dziedzin jest strategicznych, ważnych dla państwa! Tak, każda, na którą zgodzą się obywatele, a obywatele przyzwyczajeni do socjalizmu godzą się praktycznie na wszystko. Państwo ma zresztą tendencję do stopniowego zagarniania kolejnych sektorów. Wymieńmy zatem kilka „gałęzi”, które są w łapach państwa lub państwo ma na nie ogromny wpływ:
edukacja każdego szczebla, tzw. służba zdrowia, sektor farmaceutyczny, sektor bankowy, media, oraz wszystkie sektory, w których wymagane są państwowe koncesje i pozwolenia (których jest, zdaje się, blisko 300). Mamy też sporo spółek skarbu państwa i rozmaitych przedsiębiorstw.
Wszystkie sektory będące pod wpływem państwa są niejako od niego uzależnione. Najbardziej uzależniona jest tzw. budżetówka, czyli te sektory gospodarki, w których pracodawcą jest państwo. Obywatele z tych sektorów zazwyczaj nie zdają sobie sprawy, że nie płacą podatków. Tak jest np. w przypadku nauczycieli.
Wiem, podnosi się właśnie wrzask, ale proszę o spokój, zaraz wyjaśnię (choć niektórym zainteresowanym zrozumienie tego faktu może przyjść z trudem).
Załóżmy, że pracownik Iksiński zostaje zatrudniony jako nauczyciel w szkole państwowej. Załóżmy, że dostaje on 2500zł brutto, 1500zł netto. Kto mu płaci? Pracodawca czyli państwo (obojętne na jakim szczeblu).
Skąd państwo ma pieniądze? Z rozmaitych podatków (różnie nazywanych). Czy pan Iksiński płaci podatki? Teoretycznie tak, w końcu dostaje kwitek, na którym jest rozpisane ile płaci na emeryturę, ile na NFZ, ile podatku, etc. Rzecz w tym, że te pieniądze nie pochodzą od pana Iksińskiego. Państwo przelewa po prostu z pustego w próżne, dokonuje zabawy w przekładanie z jednej kieszeni w drugą, obojętne jak to nazwiemy. Od pracy pana Iksińskiego nie przybywa pieniędzy w budżecie, ponieważ pan Iksiński niczego nie produkuje. Ktoś może powiedzieć, że w przyszłości ludzie, których edukował pan Iksiński wejdą na rynek, zostaną przedsiębiorcami i będą płacić podatki. Jasne, ale równie dobrze mogą zostać nauczycielami pracującymi w państwowych szkołach, pielęgniarkami w państwowej służbie zdrowia, dziennikarzami w TVP, albo bezrobotnymi. Innymi słowy: tu i teraz pan Iksiński nie generuje żadnych wpływów do budżetu, ale generuje wydatki budżetowe. Mówiąc najprościej: jest na utrzymaniu tych, którzy działają na rynku prywatnym.
Co zatem decyduje o dobrobycie kraju? Rynek prywatny. A jaka forma rynku prywatnego jest najszersza? Tzw. wolny rynek. No dobrze, ale w Polsce budżetówka obejmuje spory odsetek obywateli, to oni są winni? Czy to oni są powodem, że nie prosperujemy dobrze, a w zasadzie jedziemy po równi pochyłej (wystarczy spojrzeć na zadłużenie państwa)? Częściowo. Ale oni nie zadają sobie z tego sprawy, więc ich odpowiedzialność jest ograniczona. Dlaczego? A zastanówmy się czego chce przeciętny pracownik. Zapewne chce mieć dobre warunki pracy czyli mieć stosunkowo mało godzin do przepracowania, dużo wolnego, dobrą pensję, zabezpieczenie socjalne i zdrowotne. Czy to grzech? Nie, to całkowicie normalne. Ale przypomnijmy sobie co to oznacza. Otóż pracodawcą osób pracujących w sferze budżetowej jest… PAŃSTWO, a ono ma pieniądze od osób pracujących w sektorze prywatnym.
Do kogo zwracają się o podwyżkę ludzie z budżetówki? Do ministrów i premiera oraz do posłów.
I tu dochodzimy do sedna:

utrzymywanie rozbudowanej sfery budżetowej + danie ludziom z tej sfery prawa głosu = bankructwo państwa

Dlaczego? Już to wyjaśniłem, ale powtarzam, bo u niektórych pewne prawdy powodują szok: „budżetówka” chce zarabiać więcej, a więc oczekuje od demokratycznych polityków, że dadzą „jej”, po wyborach, podwyżki i zmienią prawo tak, by warunki pracy były bardziej komfortowe. Patrząc na sektor edukacyjny widać, że np. nauczyciele to nie tylko jeden z najbardziej sfeminizowanych zawodów, ale też (nie bez związku z płcią) „zlewicowany”. Ale socjalistyczne myślenie nie dotyczy tylko nauczycieli (w ich przypadku to rzecz o tyle istotna, że maja wpływ na dzieci, a więc na to jak będą myśleć przyszłe pokolenia)
W budżetówce funkcjonują też w najlepsze rozmaite związki zawodowe, które notorycznie szantażują władze groźbą strajków, jeśli te władze nie spełnią jakichś tam postulatów. Władze muszą się z nimi liczyć, bo w przeciwnym razie może się to skończyć miasteczkiem namiotowym, albo płytami chodnikowymi w oknach.
Okazuje się zatem, że głównym zainteresowanym, kiedy przychodzi do wyborów, jest sfera, która jest całkowicie niemal uzależniona od państwa. Ludzie ci nie wiedzą jak funkcjonuje rynek, nie wiedzą do czego służy państwo, prezentują myślenie niewolnicze („państwo to mój pan i on o mnie zadba”), są na utrzymaniu sektora prywatnego, ale… MAJĄ PRAWO GŁOSU.
Boją się prywatyzacji, bo wychowano ich w przeświadczeniu, że kapitalizm to straszliwy system wyzysku, więc nie chcą zmieniać systemu. Chcą wyższych pensji i lepszych warunków socjalnych.
Co ma zatem obiecywać polityk, by wygrać wybory? Najprościej odpowiedzieć na to pytanie innym pytaniem: co do tej pory obiecywali zwycięzcy wyborów w Polsce?
Warto zauważyć, że PO, która ogłaszała się partią liberalną, zdobyła popularność nie dlatego, że przeciętny wyborca wie, co oznacza liberalizm gospodarczy. Wygrała wybory w 2007 roku tylko dlatego, że sprzyjały jej media niszczące partię konkurencyjną (w sensie walki o władzę) czyli PiS.
Czego pragną ludzie? Szczęścia, zdrowia i bogacenia się w spokoju. A co obiecywała PO? Ano wszystkie te rzeczy. Łatwo coś sprzedać, kiedy najpierw wzbudzi się potrzebę. I PO taką potrzebę wzbudziła. Nie, nie potrzebę wolnego rynku, reformy finansów publicznych, i tym podobnych, istotnych spraw. Wzbudziła w wyborcach potrzebę… spokoju i miłości. Spytam więc raz jeszcze: czego pragną ludzie?

A jeśli ktoś powie, że piszę nieprawdę, to niech mi wyjaśni dlaczego w sytuacji, w której PO nie realizuje żadnych swoich postulatów (bo nawet spokój i miłość poszła w cholerę, kiedy zaczęła się gra krzyżem; gra, powiedzmy to jasno, na której najbardziej zyskuje SLD, a najwięcej traci PiS, więc trudno przyjmować do wiadomości, że winny wszystkiemu jest… Jarosław Kaczyński, jak próbują ludowi wmówić członkowie PO), ludzie nie stoją pod sejmem, siedzibą poszczególnych ministerstw i kancelarią premiera z taczkami, w celu wywiezienia kłamców poza Warszawę, na jakieś wysypisko? Czemu ludzie nie oprotestowali masowo podwyżki podatków – działania antyliberalnego, stricte socjalistycznego?

Co zatem zrobić, żeby coś zmienić?
Na początek ograniczyć prawo głosu (nie prawo wyborcze). I proszę nie wrzeszczeć, że to zwalczanie demokracji. Nie robi to na mnie wrażenia, bo nie jestem demokratą. Podaję przyczynę obecnego stanu państwa i przedstawiam sposób, który ma pomóc problem zniwelować. Jeśli prawo głosu będą mieli ludzie będący na utrzymaniu państwa i z niego żyjący (przypomnę, że dotyczy to również URZĘDNIKÓW PAŃSTWOWYCH wszystkich szczebli, których jest coraz więcej), a ludzi tych będzie wielu, bo państwo poprzez interwencjonizm produkuje kolejne etaty zależne od państwowego garnuszka, to w tym kraju na lepsze nie zmieni się NIC. I to stwierdzenie nie jest przejawem pesymizmu, to po prostu racjonalne podejście do sprawy.

Myślmy więc pro rynkowo, pro wolnościowo i przekazujmy te myśli dalej. Do wolnego rynku można ludzi przekonać, a z myślenia wolnościowego nie przechodzi się już na ciemną stronę mocy, czyli na socjalizm.

Pani redaktor w Superstacji goszcząc niedawno Janusza Korwin Mikkego, powiedziała rzecz znamienną: pytałam polityków, czy znają państwo, w którym system zmieniono z kapitalistycznego na socjalistyczny i w kraju tym nastąpiła ogólna poprawa po tym zabiegu; nieodmiennie zapadała cisza. Takiego państwa historia nie zna.
W odwrotną stronę działa to zawsze.

[EDIT 29.09.2010]
http://finanse.wp.pl/gid,12712394,galeria.html?T%5Bpage%5D=1
Lewactwo zbiera żniwo własnej, bezdennej głupoty.

http://www.blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=823

Na początek kilka linków do różnych i, zdawałoby się, niezwiązanych ze sobą informacji:

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,PO-wysyla-kontrowersyjny-list-do-duchownych,wid,12622675,wiadomosc_prasa.html

http://finanse.wp.pl/kat,104132,title,Dziesiatkowanie-urzedow,wid,12622565,wiadomosc.html

http://finanse.wp.pl/kat,104126,title,Akcyza-bije-w-quady,wid,12622558,wiadomosc.html

http://finanse.wp.pl/kat,104132,title,Kosciol-ma-sponsora-a-podatnicy-podwyzke-VAT,wid,12610713,wiadomosc.html

Łączą te cztery newsy… pieniądze podatników.
Podlizywanie się przez PO Kościołowi to wyjątkowo niesmaczny żart, który można porównać z puszczaniem bąka w zatłoczonym tramwaju i powiedzeniem: „Atmosfera się trochę zagęściła, co?”. Lewacka PO przymilająca się ostatnio, tym razem już zupełnie otwarcie, SLD próbuje tanich chwytów, by tylko nie przegrać wyborów samorządowych (i kolejnych za rok). A na wsiach wciry dostać mogą okrutne. No właśnie, rację ma dr Robert Gwiazdowski: Kościół i żaden związek wyznaniowy (żadna działalność gospodarcza również) nie powinien być dotowany. A list mówi otwarcie o wspólnym restaurowaniu obiektów sakralnych, które to stwierdzenie niektórzy, moim zdaniem słusznie, odebrali jak szantaż.
To powyższe to akurat inicjatywa regionalna, która w moim mniemaniu jest raczej eksperymentem na małą skalę mającym sprawdzić reakcje kleru i społeczeństwa. Równolegle rząd planuje karać szefów urzędów za to, że nie obetną pensji swoim podwładnym i nie oszczędzą na tych pensjach 10%. Ale spoko, spoko: karą będzie upomnienie, nagana A NAWET pozbawienie delikwenta 5 pensji… A NAWET… i aż 5 pensji. No, no, no. Oczywisty pic na wodę fotomontaż. Śmieszy on zwłaszcza kwotą oszczędności: 1 miliard złotych. Oszczędność na zaprzestaniu dotowania Kościoła, według niektórych wyliczeń, dałaby oszczędność… nawet 5 miliardów. Jaką dałaby likwidacja dotacji w ogóle? W tym samym czasie wzrosną podatki (czyli podrożeje dokładnie wszystko), a akcyza obejmie skutery, quady, meleksy i skutery śnieżne. Nie zapominajmy, że książki też będą kosztować więcej bo dostaną VAT po podwyżce (obecnie mają zerowy). Ale wracając do tych urzędników: jaka będzie oszczędność, jeśli szefowie otrzymają tylko upomnienia? Zwłaszcza dostając wcześniej cynk, że ich pensje są niezagrożone… Zagranie czysto marketingowe w znanym już od kilku ładnych lat stylu Platformy Obywatelskiej (której sama nazwa jest chwytem marketingowym).
Tak naprawdę to wszystko nie jest aż tak istotne i VAT czy akcyza na quady to mały pikuś przy rzeczy najważniejszej (którą można wywnioskować z obecnego miotania się PO): rzeczy smutnej, ale napawającej nadzieją: państwo zaczyna bankrutować. Nasz film ma grecki scenariusz: cięć realnych nie widać, podatki się podwyższa, wszystko drożeje, nastroje społeczne pogarszają się coraz bardziej. PO zdaje sobie sprawę z faktu następującego: jeśli teraz, przed wyborami spróbuje gruntownie reformować państwo to będzie to dla niej koniec definitywny. Zresztą wcale jej na jakichś reformach nie zależy, bo chodzi głównie o władzę i kręcenie lodów. Oczywiście im lepszy stan finansów państwa tym więcej można uszczknąć dla siebie i tym dłużej można prowadzić ten proceder, ale lepiej mieć władzę i zgarniać mniej, niż mieć kamienie w oknach, stracić władzę i nie mieć nic.
Zastanawia mnie tylko jedna kwestia: czy PO nie wie, że łakomstwo nie popłaca? Bo wygrać wybory przy takim zapleczu jakie od początku mieli nie jest szczególnie trudno: wystarczy działać racjonalnie (a w 2005 PO uwierzyła sama w to co mówiła, czyli zrobiła coś idiotycznego ;P). Wszystko wskazuje na to, że stan finansów państwa jest katastrofalny. W takiej sytuacji dalsze rządzenie może się dla Tuskowców źle skończyć. Naprawdę źle.
Ale dla Polski to raczej dobrze .

Tytuł mówić może wiele, ale w tym konkretnym przypadku zapewne wprowadzać będzie w błąd. Bo nie chodzi ani o graczy komputerowych, ani o piłkarzy, ani o pokerzystów czy szachistów. Mowa o urzędnikach. W naszym wspaniałym demokratycznym państwie prawa, na tej wyspie zielonej niczym Irlandia, urzędnicy robią wszystko, by obywatelom nieba przychylić. Reforma samorządowa okazała się, w końcu, bezprecedensowym sukcesem (podobnie jak serial Ranczo pokazujący praktyczne skutki tejże reformy).
Rząd prowadzi kreatywną księgowość i dokonuje „cudów Tuskowych” (do których należą np. nowe sposoby liczenia inflacji czy PKB oraz podwyższanie podatków), by udowodnić ludowi, że ma (ów rząd) kasę na dalsze pogłębianie powszechniej, nieznanej nigdzie indziej w Europie, szczęśliwości, miłości, pokoju oraz zasobności obywateli. Na niższym szczeblu władzy urzędnicy muszą radzić sobie inaczej, bo tutaj już ludzi w butelkę nabijać się tak łatwo nie daje, ponieważ działania władz są dokładnie obserwowane przez obywateli. No, może to za dużo powiedziane, ale fakt jest taki, że im władza bliżej ludu, tym lud więcej dostrzega i mocniej czuje, a tym samym z ludem liczyć się trzeba bardziej (pomijając, że większe kłamstwo lud łyka łatwiej niż drobne oszustwo, co zauważył już tow. Adolf H.).
Urzędnicy Starostwa Powiatowego w Radomsku postanowili zrobić ludowi dobrze i oddać mu nowy szpital. Wydaje się, że sprawa jest oczywista, bo co w tym skomplikowanego: zbudować, wyposażyć, zatrudnić personel i jazda, ale nie. A dlaczego nie? Bo brakuje troszku pieniążków. Tak circa about 6 baniek. Ale od czego pomysłowość władz! Urzędnicy, podobno spontanicznie, grają w Lotto, by wygrać kasę na szpital. Mają nawet system i kto wie, może za paręnaście lat nawet wygrają.

A na marginesie: zostało w tym kraju kilku lekarzy i kilka pielęgniarek z prawdziwego zdarzenia, czyli z powołania. Doświadczenia moich znajomych i rodziny pokazują jednak, że stan tzw. (chyba dla picu) „służby zdrowia” już nie pod względem sprzętu, czy oferty (bo to wiadomo od dawna), ale pod względem człowieczeństwa pracowników przychodni czy szpitali państwowych, to dno dna. Chamstwo i skurwysyństwo szerzy się w tych placówkach jak dżuma i można tylko modlić się, by ten system padł na mordę jak najszybciej.
Zadziwia też powszechna schizofrenia dotykająca głównie lekarzy, którzy, mając dwa etaty: pracując prywatnie są mili i rzeczowi, a na państwowym etacie odpieprzają robotę, są prostaccy, nierzetelni i traktują pacjentów jak gówno, które przykleiło się do buta.
Nie wszyscy, ale coraz więcej jest takich.

„Ciekawe” dlaczego?

…przypomnienie tego, co pisałem w listopadzie 2005 roku. Zanim rzucę cytatem powiem tylko, że do tego krótkiego wpisu skłonił mnie (zapewne nieświadomie) Kolega LaudatorLibertatis, który powiedział na swoim vlogu, że wyśmiałby człowieka, który powiedziałby mu w 2005 roku, że PO nie jest wcale partią liberalną i nie będzie realizować swoich postulatów. Faktycznie, moje opinie nie przysporzyły mi zwolenników 🙂
A tutaj post z 6 listopada 2005 roku zamieszczony przeze mnie na pewnym forum:


Dobrze, to wyjaśnię mój punkt widzenia najprzystępniej jak umiem i mam nadzieję, że skończymy z tymi przepychankami.
Wiadomo, że i PO i PiS mówiły o sojuszu/koalicji. O ile, moim zdaniem PiS traktował to niezależnie od sytuacji po wyborach, o tyle PO, przekonana była, że to ona będzie po wyborach rozdawać karty. Co o tym zdecydowało? Media (tu nastąpiłby mój wywód, który pisałem przed wyborami, a który niektórzy uznali za teorię spiskową, więc nie będę tego powtarzał). Sondaże, w których PO miała dużą przewagę nad resztą pozwoliła politykom tej partii tak bardzo uwierzyć we własne siły, że obiecali gruszki na wierzbie (to oczywiście tylko moje zdanie w tej materii). Zgadzali się zatem na sojusz z PiS, wiedząc, że po wyborach, przy tych sondażach, będą mieli wszystko czego chcą. Co się jednak stało, to wiemy. PO przegibała z kretesem. Media nie spełniły pokładanych w nich nadziei i zwyciężył PiS. MSWiA i specsłużby – dwa najważniejsze dla PO resorty, odpłynęły w dal. Sądzicie, że dlaczego politycy postkomunistyczni wybierali PO i Tuska? Bo gwarantował im nietykalność. Wiem o tym z pewnych źródeł, ale przecież tego nie weźmiecie pod uwagę, bo uważacie to za spiskową teorię. Whatever. Ja z pewnymi przesłankami nie dyskutuję, bo mają potwierdzenie w rzeczywistości. Wy robicie jak chcecie. PO zaczęła zatem grać tak, by jak najbardziej dokopać PiS i pokazać jak kłamliwa jest to partia. Gdyby była w PO dobra wola, to mielibyśmy marszałka Tuska, a nie Marka Jurka i rząd koalicyjny, ale PO nie o to chodziło. PO liczy na szybsze wybory, w których wygra i zgarnie dwa najważniejsze resorty. Bo nie łudźmy się, o gospodarkę to tym ludziom nie chodzi. UPR głosi hasła konserwatywno liberalne od lat i nie znajduje poparcia, a PO nagle zawłaszcza sobie niektóre postulaty tej partii i okazuje się w sondażach najmocniejszą partią przed wyborami. To na kilometr śmierdzi. Ale cóż, mnie przekonywała wizja likwidacji przymusowych ubezpieczeń, tyle, że to mrzonki. PO nie zlikwidowałaby i kiedy będzie rządzić nie zlikwiduje ZUS. Wiecie dlaczego? Bo to świetny interes, a ci panowie mają do niego talent. Nie chodzi mi tu o wybielanie PiS, bo też nie jestem wielkim zwolennikiem tej partii, ale chodzi mi o to, że nie staracie się być obiektywni. PO nie chciała iść na ugody z PiS, więc PiS poszukał sobie partnera gdzie indziej. Tusk mówi o tym do znudzenia, ale nie wykazuje wcale dobrej woli, by temu zapobiec i doprowadzić do koalicji, choć i w PO są zdania, że to co się dzieje jest złe. Wiadomo, że zwycięska partia rządzi, że bierze najistotniejsze ministerstwa. Prosta sprawa – przegrałeś, chcesz wejść do koalicji, to nie ty dyktujesz warunki. PO chciała dyktować warunki i została skarcona, a że się obraziła, to może mieć teraz pretensje do siebie samej. A Lepper to wyjątkowy cwaniak i pokazał, że ma więcej ikry niż Tusk i Rokita razem wzięci. Dla mnie to jest szopka… żałuję tylko, że to się dzieje w moim kraju. Mam nadzieję, że wiecie już o co mi chodziło. A jeśli nie to trudno.

Króciutko, naprawdę króciutko, ale to tak zupełnie lapidarnie:

Kiedyś miało być 3×15%.
Dzisiaj jest 3xPO:
PO PO
dnosi POdatki.

Komentarz jest zbędny…